piątek, 14 grudnia 2012

Ehh,,

Piątek. Skończyłam wcześniej lekcje. Za oknem śnieg. Nienawidzę śniegu. I zimna. Mam wtedy zawsze skostniałe, lodowate ręce. Jak trup. Mam ochotę krzyczeć. I płakać. Znoowu zaczyna się kolejny beznadziejny weekand, w którym jak zwykle będę mówiła "prześlizgnij się przez ten dzień jak najszybciej, by się już skończył". Ale doszłam do wniosku że jak się będę tak "prześlizgiwać" przez kolejne dni to umknie mi całe życie. Żyję między jednym cięciem a drugim. Reszta jest mniej ważna. Wielbię piątki. A w poniedziałek już nie widać tak ran. I jeśli ktoś zauważy, to mogę powiedzieć "kot mnie zadrapał", mimo, że nie mam kota. Co za głupoty do ciebie piszę. Już mi chyba naprawdę odbija.
Marnuję sobie życie. A to chyba źle. Ehh... Chyba jestem do tego stworzona. By marnować sobie życie. Bo naprawdę ile można do samej siebie gadać?! Potrafię godzinami nie spać w nocy i układać wewnętrzne monologi o życiu. O miłości. Zwykle o niespełnionej. Tak bardzo chciałabym mieć kogoś, kto powiedziałby do mnie 'Kocham Cię, Maleńka'. Kogoś kto mnie przytuli. Brzydzę się sobą. Jak ja mam mieć kogoś takiego? Pięknością nie jestem. I tu zaczynają się typowo kobiece kompleksy. Czasem widzę że jestem ładna. Naprawdę ładna. Nie maluję się. Ale potem nadgarstek zaczyna mnie swędzieć. I widzę ledwo widoczne blizny. Przypominam sobie dlaczego to robię. I od razu przywracam do siebie myśl, że nikt mnie nie kocha. Że się nienawidzę. I że zawsze będę dla niego niewidzialna, mimo, że tak nie jest. Mój umysł zmyśla nieprawdziwe historie: "Nie licz na to. On Cię nie kocha". Kocha mnie. To widać. A ja kocham jego. Ale pozostanie w tej niewiedzy na zawsze. Amen.





... Twoje oczy mówią, że kochasz, twoje wargi mówią, że nienawidzisz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz